3 dni

Czasem trzeba się odstresować więc pakujesz żonę, dzieci, teścia i lecisz do Hiszpanii na 3 dni pełne przygód. Tam okazuje się, że wcale się nie odstresujesz bo żona bo dzieci bo teściu bo przygody wreszcie. Z drugiej strony to inny rodzaj stresu, który pozwala zapomnieć na chwilę o codzienności, więc… polecam 🙂

Port Aventura

Najwyższe europejskie rollercoastery, prędkości do 135km/h, przeciążenia do 4.7G, spore kolejki (w sezonie warto rozważyć express pass) i cały dzień wariactw.

Ale najpierw poranna wyprawa po wynajęty samochód, który nam laweta odwiozła na miejsce gdzie dla odmiany można parkować. Nie polecam, bo to najdroższy parking w mieście (nie chcesz się osobiście dowiedzieć ile). Na szczęście strajkowało metro więc mogłem najpierw pół godziny biegać po centrum Barcelony szukając wolnej taksówki.

Ale najpierw pierwsze piwo na miejscu, kupione spod lady, bo w nocy alkoholu nie wolno sprzedawać. Na kwaterę dojechaliśmy grubo po północy. Włoch, który przekazał nam klucze nie wspomniał o tym, że parkowanie na ulicach tego miasta ma dość surowe zasady i że przed 7 rano musimy znaleźć inne miejsce bo nas zlawetują. Bardzo mu dziękujemy, naprawdę.

Ale najpierw odebrać wynajęte auto i dojechać do naszego noclegu z lotniska, które nazywa się zwodniczo Barcelona-Girona chociaż jest oddalone o prawie 100km.

Tak czy inaczej udało się być w Port Aventura w dość rozsądnej godzinie i skorzystać ze sporej części atrakcji. W sumie przeszliśmy tam spacerkiem 13 km. Cały dzień z przerażeniem patrzyliśmy na stumetrową wieżę, z której z piskiem zlatywali kolejni pomyleńcy. Pół godziny przed zamknięciem parku biegliśmy na ostatni przejazd drewnianą kolejką i nogi same nas zaprowadziły do bram wieży a potem już było tak:

 

Barcelona pieszo i autobusami

Drugi dzień zaczęliśmy od spaceru do Sagrada Familia. potem jakiś jeszcze budynek Gaudiego, potem spacer do Park Guelle.

Następnie chcieliśmy wziąć taksówkę na Camp Nou ale się okazało że tym razem strajkują taksówkarze, więc spacer na przystanek i autobusami dojechaliśmy na stadion Barcy, gdzie część wycieczki zaliczyła obchód po wszystkich zakamarkach obiektu – szatnie piłkarzy, gniazdo komentatorskie, trybuny, murawa.

Potem był spacerek na plażę, obiado-kolacja i Magiczne Fontanny, które w ten dzień też strajkowały.

Hasłem tego dnia było „jeszcze kilometr” odpowiadane na każde pytanie dzieciaków ile jeszcze będziemy iść. Uzbierało się tych kilometrów 20 a nasze dzieciaki (o dziwo) naprawdę dały radę tyle przejść.

Calella dla uspokojenia

Trzeci i ostatni dzień naszego pobytu spędziliśmy na plaży w Calelli. Słonko nas poparzyło (dosłownie) więc wieczorem była wyprawa po Pantenol a następne parę dni trudności z zakładaniem ubrań, ale te kilka godzin nicnierobienia były nam chyba potrzebne.

Warto było?

Zdecydowanie. Barcelona to piękne miasto, Port Aventura to (nadal) genialne, wypełnione adrenaliną miejsce a Calella to super plaża z parkingiem oddalonym o 10 metrów. Poza sezonem (byliśmy z końcem maja) wszędzie jest nawet gdzie szpilkę wcisnąć, chociaż największe atrakcje warto rezerwować wcześniej online (np. Sagrada Familia, Park Guelle). Poza tym zdobyliśmy kilka ciekawych (i kosztownych) doświadczeń związanych z „tanimi” lotami, wynajmowaniem aut, otwieraniem drzwi do apartamentu i parkowaniem w Barcelonie. Jeszcze raz polecam! 🙂

PS. Fotka przy tym wpisie pokazuje nasze miny przed drugim zjazdem na Hurakan Condor. Nie były udawane :).

Comments

comments

Udostępnij ten wpis Facebookgoogle_pluslinkedinmailFacebookgoogle_pluslinkedinmail
Obserwuj blog Facebookgoogle_pluslinkedinrssmailFacebookgoogle_pluslinkedinrssmail