Maniac

Męczą Was kolejne podobne do siebie, tworzone według sprawdzonego, mało ryzykownego schematu produkcje serialopodobne od Netfliksa i innych platform VOD? Może nie zdajecie sobie z tego sprawy ale uwierzcie mi – męczą Was. Dlatego przybywam z pomocą a właściwie z pigułką, która naprawi waszą skrzywioną psychikę i przywróci was do normalności.

Jeśli nie chce Wam się czytać całego tekstu to jedna prośba – dajcie temu serialowi szansę i nie poprzestawajcie na pierwszym czy drugim odcinku – nie pożałujecie.

Maniac jest produkcją, która też denerwuje i męczy ale robi to w określonym celu. Nie wchodzi na raz, nie powoduje uzależnienia po pierwszym odcinku i nie oferuje płytkiej podniety tak jak wiele innych produkcji. Po dwuipółkrotnym obejrzeniu odnoszę wrażenie, że to zabieg celowy polegający na odsianiu pewnej grupy widzów – mianowicie takich, którzy aktualnie potrzebują czegoś prostego i lekkiego. Niech przed ekranem zastaną najbardziej wytrwali, zmęczeni tandetą i szablonem, spragnieni czegoś innego niż kolejny zbiór epizodów, o których zapomną dzień po obejrzeniu.

Jednym słowem, serial jest (przynajmniej według mnie) nieprzystępny i po pierwszym odcinku miałem mieszane uczucia. Byłem jednak zbyt zaciekawiony drobnymi elementami, które odróżniały tę produkcję od innych.

Mamy więc realia podobne do tego co znamy z przełomu 20 i 21 wieku, z pewnymi drobnymi różnicami, które nienachalnie są nam pokazywane w scenach z codziennego życia bohaterów. Jako żywo przypomina mi to światy kreowane w powieściach i opowiadaniach Philipa K. Dicka, czyli niby wszystko jest znajome, ale czujemy jakbyśmy byli w lekko odrealnionym świecie, innym państwie lub alternatywnej rzeczywistości bardzo podobnej do naszej.

Poczucie zanurzenia jest potęgowane przez genialną scenografię i dbałość o detale. Cała estetyka świata „rzeczywistego” jest oddana na ponadprzeciętnym poziomie. Widać tu pracę całego sztabu odpowiedzialnego za zaprojektowanie wzornictwa nawiązującego do popularnych dziś klimatów retro (lata 80-te i 90-te XX wieku). Projekty logo, architektura, gazety, reklamy, ubrania, urządzenia domowe, komputery – wszystko jest przemyślane i spójne.

Mamy dwoje bohaterów, Annie i Owena, którzy nie radzą sobie z życiem i cierpią z powodu psychicznych dolegliwości. Nie są to postacie jednowymiarowe, które każdy od razu polubi. Są pełni sprzeczności, obaw, natręctw i generalnie są oderwani od rzeczywistości oraz nie pasują do społeczeństwa. Dodatkowo nie narzekają na nadmiar gotówki.

Owen i Anna trafiają na okazję do rozwiązania swoich problemów i zarobienia pieniędzy. Chodzi o udział w
eksperymentalnej terapii prowadzonej przez farmaceutycznego giganta, korporację Neberdine.

Terapii, podczas której uczestnicy (ponumerowani od 1 do 9) mają przyjąć trzy dawki nowatorskiego leku i brać udział w hipnotycznych sesjach nadzorowanych przez grupę naukowców wspieranych „ludzko myślącą” maszyną elektroniczną, GRTA.

Maszyna nie tylko „czyta” ich fale mózgowe, ale również może ingerować w umysły uczestników (oczywiście w celu ich „uleczenia”). Eksperyment ma dać ludzkości uniwersalny lek na każdą chorobę psychiczną.

Stare powiedzenie mówi, że „jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego” i podobnie jest z lekiem opracowywanym przez Neberdine. Badacze szybko odkrywają, że grzebanie w ludzkich umysłach wymknęło się spod kontroli a terapia niekoniecznie idzie zgodnie z planem. Prawa korporacyjne są jednak nieubłagane a wydane pieniądze muszą się zwrócić, zatem porażka nie wchodzi w grę.

Tyle jeśli chodzi o plan „świata rzeczywistego”. To jednak wierzchołek góry lodowej. Mamy bowiem (w każdym odcinku inny) plan „wizji” czy „snów” uczestników eksperymentu. Tutaj twórcy poszli po bandzie i zafundowali nam wycieczkę po niemal każdej możliwej poetyce – od fantasy, przez noir, pulp aż po kino szpiegowskie czy też sensacyjne.

Sny bohaterów przenikają się a ich umysły wciąż zmierzają ku sobie (pomimo interwencji z zewnątrz mających na celu maksymalne ich odseparowanie). Wątki ze snów przeplatają się ze światem rzeczywistym, uczestnicy na nowo przeżywają dawne traumy i nowe szalone przygody, aż w końcu… jest koniec.

Koniec, który nie jest tanim cliffhangerem a definitywnym zamknięciem historii. Koniec, który nie pozostawia nas z poczuciem niedosytu, wrażeniem że coś zostanie dokończone w kolejnym sezonie, że autorzy próbują nas oszukać. Jak mało która produkcja mamy tu do czynienia z opowieścią kompletną, zamkniętą w bardzo jasne i uczciwe ramy. Koniec, po którym usiadłem i dobre pół godziny delektowałem się poczuciem dojścia do kresu drogi. Tajny kod brzmi 8881. Co więcej – nie mam ochoty na więcej, żadne prequele, sequele i cośtamquele mnie nie interesują, dostałem 110% i nie chciałbym aby ktoś mi to teraz popsuł drążeniem tematu, wymyślaniem na siłę nowych wątków i postaci.

Jeśli dotarliście aż tu – należy się Wam pełen szacunek. A ponieważ nie wierzę, że ktoś to czyta to wyślijcie mi tajny Kod jako dowód (prywatną wiadomością lub tędy). Zostaniecie wpisani do mojego osobistego Hall of Fame :).

Ten tekst nie miał być łatwy i krótki. Jest trochę hołdem dla twórców (za odwagę w kreowaniu mało „komercyjnych” produkcji) i dla osób, które tak jak ja wciągnęły się w ów świat. Miał też odsiać osoby na Maniaca niegotowe. Miał zbadać, czy poświęcicie swój cenny czas na przeczytanie ze zrozumieniem a później obejrzenie z należytą uwagą. Bo na taką ten miniserial zasługuje i takiej wymaga, aby czerpać z niego radość, poczucie immersji i zrozumienia bohaterów.

Link do Netflix – https://www.netflix.com/title/80124522

Comments

comments

Udostępnij ten wpis FacebooklinkedinmailFacebooklinkedinmail
Obserwuj blog FacebooklinkedinrssmailFacebooklinkedinrssmail